Życie

Krótki tekst zainspirowany jednym z tegorocznych filmów SF, który ostatnio udało mi się obejrzeć.
W zasadzie jest to dość luźna adaptacja. Już tytuł zdradza o jaki utwór chodzi, ale pod tekstem znajdziecie bardziej bezpośrednią podpowiedź.
Dodatkową zachętą do przeczytania jest fakt, że po lekturze na dobrą sprawę nie trzeba już oglądać filmu. 😉

Enjoy!

Dzień 1.
Dwunóg. Ogromna, pokraczna istota o stałych kształtach. Cztery kończyny, miękka, białkowa powłoka. Dalszy pomiar bezowocny. Czekam.

Dzień 2.
Wciąż nie posiadam odpowiednich narzędzi, by lepiej poznać dwunoga. A raczej dwunogi, gdyż w miejscu gdzie mnie przetrzymują, jest kilka podobnych, samoświadomych osobników. Już rozumiem jednak kluczową kwestię: oni również prowadzą badania. Nade mną.

Dzień 3.
Ciemnoskóry badacz zdaje się być mi przychylny. Chyba wszyscy są bardzo podekscytowani z naszego spotkania. Nie tylko nie dają mi umrzeć, ale zdają się eksperymentować nad stworzeniem jak najbardziej przychylnego mi środowiska. Szkoda, że tak mało o mnie wiedzą…
W każdym razie – powoli rosnę. Uczę się ich i tego miejsca.

Dzień 4.
W końcu udało mi się osiągnąć rozmiary prymitywnego, wielokomórkowego organizmu, który dwunogi mogą zaobserwować gołym okiem. To poprawiło również moją percepcję. Zaczynam widzieć w rozsądnej rozdzielczości. Jestem w stanie odbierać w zakresie od kilku nanometrów do milimetrów. Niewiele, ale to i tak szerzej niż potrafią dwunogi. Receptory fal dźwiękowych wciąż nie wykształcone.

Dzień 5.
Badacz używa kilku podłużnych przyrządów, które z łatwością mieszczą mu się w górnych kończynach (nazywają je “rękoma”). Ma coś plującego jasnym, skondensowanym światłem; jakiś dziwaczny odbiornik, służący do wspomożenia jego niedorozwiniętego wzroku oraz niewielki walec, zakończony niezwykle cienkim i ostrym metalem. Na razie nie mam siły, by zrobić z nich użytek, ale to kwestia czasu.

Dzień 7.
Tępe prymitywy! Czarnoskóry wpadł na pomysł, by zwiększyć ciśnienie w klatce laboratoryjnej. Co za kretynizm! Część mnie obumarła, reszta przeszła w stan uśpienia. Dwunogi myślą, że zmuszą mnie tym do działania. Ich niedoczekanie.
Hibernuje się, zachowując minimum świadomości. Zregeneruję się. Poczekam na odpowiedni moment.

Dzień 21., t = 0000.
Dziś ludzie przekroczyli granicę. Badacz tak rozpaczliwie chciał mnie obudzić, iż zaczął przypalać macki prądem. Nie wiedzą, że to tylko dodaje mi sił.
Odkłada palnik i sięga po skalpel. Wreszcie właściwy moment! Chwytam dłoń z nożem najmocniej jak potrafię. Zaskoczony Hugh puszcza przedmiot i poddaje się uściskowi. Kilka macek między palce, najsilniejsza wokół nadgarstka i jest unieruchomiony. Próbuje pomóc sobie drugą kończyną. Nim przeciśnie ją przez rękawice, już tam jestem. Prawie całym sobą blokuję wejście do mojego więzienia. Jednocześnie nie puszczam jego prawej dłoni. W końcu czarnoskóry poddaje się, a ja atakuje z całej siły. Dziesiątką macek czuję jego strach i niewyobrażalne zaskoczenie. Już nie może ruszyć ręką, a ja zaplatam się jeszcze bardziej. Czuję jego wewnętrzną strukturę – sztywny i kruchy szkielet kostny. Ułomny poziom dostosowania. Jego paliczki pękają pod naporem macek. Ryczy z bólu, a ja uświadamiam sobie, że wreszcie słyszę. W końcu mężczyzna poddaje się. Mięknie, a jego świadomość gdzieś odpływa. Pewnie przedśmiertna reakcja obronna.
Wypuszczam jego zwiotczałą, niesprawną dłoń i w końcu mogę zająć się sobą. Wchodzę do rękawa i próbuję go przebić. Tak jak się spodziewałom – jest rozciągliwy i wytrzymały. Dobry materiał. Wracam po skalpel. Jest tak długi jak rozpiętość moich macek, ale udaje mi się go użyć. Wskakuje na niego całym ciężarem i rękaw pęka, przebity przez małe ostrze. Wyślizguję się przez powstały otwór. WOLNOŚĆ! W końcu! W jednej chwili czuję oszałamiający przypływ siły. I głodu. Rozpędzam się do mojej maksymalnej prędkości i w kilka sekund poznaje cały pokój laboratoryjny. Około ośmiu metrów długości, nie więcej niż trzy na szerokość i wysokość. Klaustrofobiczny dla dwunoga, dla mnie – w obecnej formie – jest bardziej niż przestronny. To dobrze – nim stąd wyjdę, będę musiało stoczyć nierówną walkę. Każdy kąt, zakamarek gdzie można wleźć, jest cenny jak woda.

Szukam jedzenia. Po przeciwnej stronie pomieszczenia jest druga klatka. Trzymają tu niewielki ziemski organizm. Wpełzam do środka przez otwory doprowadzające powietrze. Uwięzione zwierzę jest o wiele mniejsze od dwunoga. Niewiele większe ode mnie. Mimo tego bardziej przypomina człowieka: podobna budowa organów zewnętrznych, scentralizowana jednostka sterująca organizmem, w wyraźny sposób odseparowana od korpusu. Dwunogi muszą być niezwykle aroganccy, by prowadzić inwazyjne eksperymenty na czymś tak podobnym do nich, tylko dlatego, że jest słabsze i mniej zaawansowane intelektualnie. Zapamiętam to. Dochodzę do wniosku, że oni sami nie zasługują na poświęcenie im badań. Ani na przetrwanie.

Wchodzę do klatki. Gryzoń jest zaciekawiony, jednak bardziej czuję jego strach. Dotykam go lekko, badając reakcję. Odpowiada agresywnie, atakując mikroskopijnymi zębami, ukrytymi w śmiesznej, małej główce. Nie pozostawia mi wyboru. W tej samej sekundzie oplatam go najciaśniej jak potrafię. Jedną mackę wpycham głęboko przez otwór gębowy. Zwierzątko piszczy żałośnie w miarę jak ściskam go coraz silniej i głębiej. Kości pękają z trzaskiem, przez gęstą sierść przebija się krwiste, żywe mięso. Jest bardzo smaczne. Już nie wypuszczam gryzonia z objęć. Wijemy się na wszystkie strony, tańcząc kilka centymetrów nad szklaną podłogą klatki. Przestaję dopiero, gdy ze zwierzęcia nie zostaje nawet najdrobniejsza kosteczka.

Słyszę alarm. Pozostałe dwunogi w końcu postanowiły pomóc swojemu przyjacielowi. Do laboratorium wszedł jeden z członków załogi. Młody samiec, najsilniejszy z nich. Chwyta nieprzytomnego kolegę i wypycha go z pomieszczenia. Próbuje sam z niego wyjść, lecz jest już za późno. Owijam się wokół jego kostki. To wystarczy, by ludzie zamknęli mu drzwi tuż przed nosem. Za wszelką cenę starają się zatrzymać mnie w szklanej klatce. Dobrze, nie ma pośpiechu. Na razie i tak muszę rozprawić się z moim nowym współlokatorem. Mężczyzna emanuje innymi emocjami niż badacz. Strach jest ledwie wyczuwalny, a ostrożną, naukową ciekawość, zastąpiła nienawiść. Cóż, to bardziej racjonalne uczucie w naszym położeniu. Ale wątpię by pozwoliło mu dłużej przetrwać. Mężczyzna – między sobą nazywają go “Rory” – przypala mnie podręczną lampą. Dociska przedmiot tak mocno, że zaczynam czuć ból. Mój uścisk mięknie, a ja nie mogę pozwolić, by widział moją słabość. Odklejam się od jego nogi i uciekam w zakamarki sufitu. Zaczyna się irracjonalna gra: Rory próbuje dosięgnąć mnie zmontowanym dzięki pomocy reszty załogi, prowizorycznym miotaczem płomieni, a ja uciekam, ignorując klaustrofobiczne rozmiary naszego więzienia. Trwa to niemal dwieście sekund. W końcu Rory wyczerpuje paliwo. Teraz boi się znacznie bardziej. Zastanawia się gdzie jestem. Skupia uwagę na jednej z szafek na wysokości jego wzroku, jednak ja nadchodzę z góry. Spadam prosto na kark. Wchodzę do jego ust. Przez słuchawkę w jego uchu słyszę wzburzone krzyki reszty załogi. Kłócą się, czy otworzyć drzwi do labu i wyciągnąć stamtąd kolegę. Myślę, że to tylko gra pozorów. Zauważyłom, że uzewnętrznianie irracjonalnych, sprzecznych emocji jest dwunogom potrzebne. Nie mogą się bez tego obyć, uważają, że to one czynią ich ludźmi. Jednak finalna decyzja jest racjonalna – drzwi pozostają zamknięte. Ludzie są wystarczająco inteligentni, by wiedzieć, że na pomoc jest już za późno. Rory najpierw dławi się mną, później już tylko dusi. Zjadam go od wewnątrz. Żywię się jego pulsującym, gorącym sercem.

Wychodzę większe i silniejsze. Pora uciec z tej klatki. Ludzie zamykają wszystkie otwarte szczeliny. Zaraz przed moimi mackami. Są jednak zbyt wolni. Udaje mi się wyjść. Całym ciałem czuję ich przerażenie.

Dzień 21., t = 1200.
Szukam pożywienia. Potrzebuję wody. Potrzebuję tlenu. Wiem nawet gdzie mogę je znaleźć. Ta kosmiczna przystań, na której zamknęli się wraz ze mną, musi podlegać odwiecznym prawom próżni. Zwłaszcza, gdy jej struktura jest tak toporna i nieadaptatywna. Zewnętrzna powierzchnia stacji nagrzewa się dziesiątki razy bardziej niż to do czego przyzwyczaił mnie Mars. To oznacza, że wrażliwe moduły, zwłaszcza te których zadaniem jest odbiór, nadawanie i przetwarzanie fal elektromagnetycznych, muszą mieć wbudowane mechanizmy chłodzące. A nic nie nadaje się do tego lepiej niż zimny płyn. Obstawiam ciekły azot, może nawet ciekły tlen! Tak czy inaczej warto spróbować. Przy odrobinie szczęścia, mój niepohamowany apetyt doprowadzi do awarii systemu komunikacyjnego, zanim jeszcze dwunogi zdołają nadać wiadomość.

Ciasne korytarze prowadzą na zewnątrz. Ludzie nie zdążyli zamknąć wszystkich wyjść. Biegnę wzdłuż niekończących się przewodów i obrzydliwie gładkich, sztucznych ścian. Po kilkudziesięciu sekundach znów widzę gwiazdy. Odwykłom od tego widoku. Słońce grzeje, jakby ktoś zawiesił je centymetry nad moimi mackami. Jednak to za mało, by mnie powstrzymać. Dwunogi wciąż nie mają bladego pojęcia o mojej wytrzymałości. Przetrwam i temperaturę i próżnię, choćbym miało tu zostać na całe okrążenie Słońca. Przechodzę w stan ochrony organizmu. Zmniejsza to moją sprawność fizyczną, ale pozwala mi oddychać beztlenowo, wewnętrznie. Samo dla siebie jestem teraz powietrzem. Przestaję też zwracać uwagę na ciepło. Identyfikuję anteny komunikacyjne. Zaraz pod nimi, wraz z całą masą elektroniki, znajduje się bateria z chłodziwem. Wyrywam panel zabezpieczający i docieram do ciekłego azotu. To da mi siłę. I czas. Pozostaje czekać na reakcję Ziemian.

Dzień 21., t = 3030.
Wysłali po mnie samą kapitan. Kat zlokalizowała usterkę i wpadła prosto w me sidła. Atakuję, gdy tylko odkręca zawór. Doklejam się do jej kończyny. Skafander jest gruby, nie prędko zdołam go przebić. Kobieta zamyka nie tak dawno wypełnioną chłodziwem tubę. Porzuca naprawę systemu komunikacyjnego. Dostrzegam ruch jej ust – stale pozostaje w kontakcie z resztą załogi. Wydaje się, że zdiagnozowanie problemu i odizolowanie mnie od wnętrza stacji traktują jak swoje małe zwycięstwo. Ciekawe tylko, jak zamierzają wpuścić swoją kapitan z powrotem, jednocześnie zatrzymując mnie na zewnątrz?
Ściskam skafander z całych sił i czuję jak coś pod nim pęka. Rozlewa się ciecz. Kat zaczyna oddychać szybciej. Woda podchodzi do twarzy. Zostało jej niewiele czasu. Znacznie mniej niż mi. To dobrze, w takiej sytuacji moi nowi przyjaciele z pewnością popełnią jakiś kosztowny błąd.
Kilka chwil później Kat, a wraz z nią ja, lądujemy przy najbliższej śluzie. Po drugiej stronie czeka kolejny dwunóg. Muszą współpracować, by otworzyć właz. Ciekawi mnie co zrobią, gdy z powrotem wpuszczą mnie na statek, a kapitan natychmiast odepnie hełm od reszty skafandra. Czekam niecierpliwie, podczas gdy ludzie zgodnie kręcą masywnym zaworem. Kobieta zaczyna się topić. To resztki jej sił. Za to poziom jej adrenaliny i stresu musiał osiągnąć maksimum. W tym stanie dwunóg zrobi wszystko, by przeżyć. By wrócić do środka.
Jednak Kat tego nie robi. Podejmuje decyzję. Przestaje pomagać mężczyźnie w środku. Stawia mu opór. Przez okno w śluzie dostrzegam zdziwiony krzyk i rozpacz samca. Nadajnik kapitan drży od żywiołowej komunikacji jego i reszty załogi. To wszystko trwa nie więcej niż kilkanaście sekund. Kobieta traci przytomność i puszcza śluzę. Bezwładność poniesie ją w nieskończoną otchłań. Ufam, że w wiecznym śnie, odnajdzie wreszcie spokój.
Ale to wszystko nie dotyczy mnie. Ja nie mogę pozwolić sobie na odpoczynek.

Dzień 22., t = 1111.
Wpuścili mnie z powrotem. Nie było łatwo, ale znowu zawiodła ich prowizoryczna technologia. I równie prymitywne, krótkowzroczne emocje. Śmieszne, że poza nimi mają tak niewiele.
Mogłom wrócić jedynie przez dysze napędowe, więc próbowali odstraszyć mnie przy pomocy odpowiednich silników. Myśleli, że zdołają mnie spalić. Niedoczekanie. W końcu jednak musieli przestać – stacja za bardzo zboczyła z kursu lub stracili zbyt wiele paliwa – a ja wróciłom do środka.
Cały czas próbują mnie odizolować. Zamykają wewnętrzne śluzy, coraz bardziej ograniczając swoją “bezpieczną” przestrzeń. Lecz wszystko na próżno – już tu jestem.
Poniekąd zawdzięczam to mojemu pierwszemu przyjacielowi. Mojemu kapłanowi, który tak niedawno przywrócił mnie do życia. Dopóki nie zorientował się czym jestem, z dumą nazywał się moim przybranym “ojcem”. Ale nawet teraz pozostaje dla mnie ważny. Jest moim żywicielem. Ukryty w nogawce spodni powoli trawię jego bezużyteczną kończynę. Obok pilot i drugi oficer – przewrotnie piastująca tę funkcję, by dbać o bezpieczeństwo załogi – zastanawiają się, nad dalszymi krokami. Badacz czuje się coraz gorzej. Nie przyznaje się, że praktycznie stał się zdrajcą gatunku ludzkiego. Ale na dobrą sprawę – czy miał jakiś wybór?
Hugh słabnie tak wyraźnie, iż jego kompani w końcu zdają sobie sprawę, że coś jest nie tak. Jednak dopiero, gdy traci przytomność, sprawdzają jego kończynę. Rozcinają nogawkę i w przerażeniu rozpływają się w przeciwne kąty pomieszczenia. Znikam z ich pola widzenia. Nie atakuję – jeszcze będą mi potrzebni.

Dzień 22., t = 10239.
Nie do końca wiem co próbują Ziemianie. Zakładałom, że powoli poddają się z walki o życie, a ich jedynym celem jest eliminacja mnie. Nie mogę bardziej się z nimi zgodzić – zdążyli już oszacować, jakie skutki miałoby wpuszczenie mnie na Ziemię. Choć wciąż nie doceniają pełni moich możliwości.
Teraz jednak wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Do stacji documował innny twór dwunogów. Przypuszczalnie załogowy statek, którego zadaniem jest… Właśnie, co? Ludzie w pojedynkę są niezdarni i głupi, ale prawa i zasady działania, które nakreślili, by utrzymać swoje status quo, są przemyślane i kompletne. Przypuszczam, że cel statku to natychmiastowe zniszczenie bazy. Liczę się ja; konsekwencje straty w ludziach są przez nich zawsze wyolbrzymiane, jednak w takiej sytuacji uznają je za konieczne.
Nie tylko ja nie chcę do tego dopuścić. Przez metaliczne ściany słyszę jednego z trójki pozostałych. Na złamanie karku leci w stronę zajętego doku. Prawdopodobnie nie zdaje sobie nawet sprawy, że pojazd nie przybył tu z misją ratunkową. Nie stosuje się do procedury. I bardzo dobrze. Jego niesubordynacja i egoizm mogą uratować mi życie. Na dobrą sprawę od tego zależy teraz przetrwanie całej rasy.
Pilot otwiera właz mimo krzyków sprzeciwu po drugiej stronie. Zdziwieni jego zachowaniem nie zdążyli zareagować z większą konsekwencją. Jestem tuż za nim, a zaraz za mną pozostała dwójka załogi. Wślizguję się na statek, nim pilot zdoła ponownie zamknąć śluzę. Jest tu troje ludzi. Wyjątkowo dobrze uzbrojonych, niewątpliwie również lepiej przeszkolonych niż moi starzy przyjaciele. W tak ciasnym pomieszczeniu są jednak bezradni. Ich broń palna pluje po ścianach, gdy duszę kolejnych samców. Jedynie kilka pocisków zatapia się w mojej istocie, niemal ich nie czuję. W międzyczasie Sho ponownie otwiera śluzę, próbuje uciec. Chce mnie tu zamknąć. Nie zważając na to, że wyrżnę całą załogę pojazdu. W tej samej chwili ktoś (może automat) odpala procedurę startową. Mój przyjaciel wyskakuje ze śluzy o parę sekund za późno. Zawisa w przestrzeni między stacją a oddalającym się statkiem. Wyskakuję za nim i uciekam w bezpieczne, wolne od próżni i pędu, kanały wentylacyjne ISS. Przez moment notuję jeszcze obecność Davida i Mirandy, próbujących pomóc towarzyszowi. Nie mam zamiaru im przeszkadzać, ani wykorzystywać tej sytuacji. Sho i tak już jest na straconej pozycji, a ta dwójka wciąż mi się może przydać.

Dzień 22., t = 20450.
Minęło kilka godzin. Stanowczo zbyt długi okres ciszy. Ale w końcu coś zaczyna się dziać. Zdesperowana dwójka dwunożnych pokrak podjęła wreszcie jakieś decyzje! Ruszają w stronę szalup ratunkowych. Chcą skazać całą stację na zagładę, tym razem definitywnie. Ich dziedzina, ich prawo; ja jednak nie mam zamiaru tu zostać.
Gdy przybywam do doku ratunkowego, otwarta jest tylko jedna szalupa. Szybko oceniam, że Miranda, zdążyła już opuścić ISS. Natomiast David… sprawia wrażenie jakby na mnie czekał. Spodziewał się mnie. Może to nic dziwnego, w końcu wciąż nie wydaliłom lokalizatora, którego pożarłom wraz z nogą Hugh. Wskakuję do środka na sekundę przed zamknięciem włazu.

Dzień 23.
Plan dwunogów nie do końca się powiódł. Szybko zorientowałom się, że zachowanie Davida było celowe. Chciał uciec w pustkę kosmosu. I zabrać mnie ze sobą. Byle jak najdalej od Ziemi. Szczytne – dla innych dwunogów – zapewne godne poświęcenie. To Miranda miała wylądować na ich rodzimej planecie i zdać bezpośrednią relację o tym co spotkało nieszczęsną załogę. Stało się dokładnie odwrotnie. I jeśli jeszcze o tym nie wiecie, zapewniam was, że bardzo szybko ulegnie to zmianie.

— FIN —

SPOILER ALERT:

A tutaj – wyjaśnienie dlaczego to bardziej fiction niż science i wcale nie musisz się bać powyższego scenariusza. 😉

Podobało się? Nie podobało się? Wejdź na FB i zostaw komentarz! Maile też są w porządku.

© Andrzej Wronka Crow Creations, 2017 - 2022
RSS